Moje życie
Jesteśmy już we trójkę! + peany na cześć mego Męża
11.6.13Nareszcie podłączona do internetu mogę dumnie napisać: Jesteśmy rodzicami!
Don Filipko postanowił jednak obchodzić Dzień Dziecka razem ze swoimi urodzinami i przyszedł na świat tuż przed północą. Pięćdziesiątsześć centymetrów i trzy-i-pół kilograma szczęścia!
Nie mam zamiaru pisać o ośmiogodzinnym porodzie, czy było łatwo, czy nie. Chociaż mogę powiedzieć otwarcie, że skurcze krzyżowe to zło. Oj wielkie zło! Ale za to finał całego zajścia - niewyobrażalnie piękny! Kiedy sobie dzisiaj o tym myślę, to łzy mi do oczu napływają ze wzruszenia. W jednej chwili byliśmy ja i mój mąż, a w drugiej pojawił się Potomek. Nigdy nie zapomnę spojrzenia K. w tym jednym, wyjątkowym momencie. Myślę, że to była najpiękniejsza chwila naszego małżeństwa, taka której nigdy nie zapomnimy i jeszcze wiele razy będziemy do niej wracać.
Z resztą - mój K. to Superbohater! Gdyby nie on, pewnie padłabym w połowie porodu. Oddychał ze mną, podnosił mnie, wspierał, nawet ze mną tańczył na porodówce i znosił wiszenie na nim podczas każdego kolejnego skurczu, trzymał za rękę, głaskał po głowie i szeptał do ucha dobre rzeczy. Zawsze powtarzam, że "Mój Mąż jest doskonały", ale teraz będę to mówić jeszcze częściej!
Ponadto okazało się, że K. jest też niczym Perfekcyjna Pani Domu! Podczas naszego pobytu w szpitalu wysprzątał praktycznie cały dom (ja ciągle narzekam, że to za dużo do ogarnięcia, a jemu zajęło to 3 dni!), a odkąd wróciliśmy do siebie: sprząta, gotuje, przewija Syna, karmi go i opiekuje się nim luksusowo, a nawet zaczął piec ciasta!
Nie mogę się napatrzeć na tych Moich Mężczyzn! Serce mi rośnie i wzruszam się za każdym razem, kiedy na nich spoglądam. Kiedy K. śpiewa kołysanki albo kiedy rozmawia z Potomnym - uśmiecham się sama do siebie.
Cieszę się, że jesteśmy w domu. Szpital działał na mnie depresyjnie do potęgi, trzeciego dnia po porodzie dopadł mnie nawet baby blues (choć w sumie początek miał chyba dzień wcześniej, wieczorem, kiedy po raz pierwszy zawiozłam Potomka na oddział noworodków na dokarmienie, bo biedny był niedojedzony - wiecie, te myśli: "jestem złą matką, nie umiem wykarmić własnego dziecka" mnie dopadły). Kiedy usłyszałam koszmarną wieść, że musimy zosta dłużej w szpitalu ze względu na żółtaczkę po prostu się rozsypałam i cały dzień przepłakałam. Przywieziono mi koszmarną lampę i kazano trzymać pod nią Syna. Makabra jakich mało, dla mnie nie do zniesienia. Wieczorem, kiedy nie mogłam go już uspokoić kazałam położnej go zabrać do nich na oddział. Miał się naświetlać do 3 nad ranem, ale przywieziono mi go z powrotem po 23 z informacją, że nie mogą go uspokoić i pani doktor zaleciła skrócenie tej katorgi. U mnie przespał spokojnie całą noc.
Don Filipko jest kochanym dzieckiem. Daje nam się wyspać w nocy (jedna pobudka maksymalnie!), za dnia daje nam sporo swobody, nie marudzi bez powodu, a poza tym jest najpiękniejszy pod słońcem. Pyza z niego przesłodka, taka w sam raz do schrupania! Będziecie mnie jeszcze nienawidzić jak się rozhulam tutaj z zachwytem nad Synem! :)
Prawie wszystko jest idealnie, nie grają u nas tylko dwie rzeczy: moje cycki i potworne wzdęcia u Syna. Jeśli chodzi o piersi to jeszcze dwa dni temu były twarde, nabrzmiałe i kapało z nich mleko, a mimo to Don Filipko się nie najadał. Dziś już nie ma śladu po twardościach i Don Filipko też nie dojada. Musiałam wyciągnąć z szafy mleko od Maryś i praktycznie po każdym karmieniu dawać butlę,bo inaczej musiałabym trzymać Syna 24h na cyckach. Jeśli ktoś się zna na rzeczy to może mi coś doradzić. Wolałabym się trzymać z dala od mleka modyfikowanego, bo moim zdaniem to z jego powodu Don Filipko ma te okrutne wzdęcia, a poza tym koniec końców wylądowaliśmy na mleku hipoalergicznym ze względu na to, że ja za młodu byłam potwornie uczulona na krowie mleko. Nic fajnego.
Dziecko mi się pręży i płacze, i cierpi ewidentnie, a ja nie mam pomysłu co z tym zrobić, bo jak odstawię MM to najada się na 15 minut i wygląda to mniej więcej tak: 1h karmienia - 5-20 minut snu - płacz przy próbie położenia w łóżeczku i machanie buźką w stylu "daj cyca!" - 1h karmienia - 5-20 minut snu - itd. Błędne koło. Zwłaszcza że po kilku godzinach płacz był już stały, bo piersi wydojone... Więc chętnie przyjmę dobre rady.
Zaczynam się też powoli organizować się na nowo. Mam nadzieję, że długo mi to nie zajmie. Jestem dobrej myśli co do wszystkiego :)
Ponadto okazało się, że K. jest też niczym Perfekcyjna Pani Domu! Podczas naszego pobytu w szpitalu wysprzątał praktycznie cały dom (ja ciągle narzekam, że to za dużo do ogarnięcia, a jemu zajęło to 3 dni!), a odkąd wróciliśmy do siebie: sprząta, gotuje, przewija Syna, karmi go i opiekuje się nim luksusowo, a nawet zaczął piec ciasta!
Nie mogę się napatrzeć na tych Moich Mężczyzn! Serce mi rośnie i wzruszam się za każdym razem, kiedy na nich spoglądam. Kiedy K. śpiewa kołysanki albo kiedy rozmawia z Potomnym - uśmiecham się sama do siebie.
![]() |
Tak padliśmy z Synem spać po powrocie do domu. |
Don Filipko jest kochanym dzieckiem. Daje nam się wyspać w nocy (jedna pobudka maksymalnie!), za dnia daje nam sporo swobody, nie marudzi bez powodu, a poza tym jest najpiękniejszy pod słońcem. Pyza z niego przesłodka, taka w sam raz do schrupania! Będziecie mnie jeszcze nienawidzić jak się rozhulam tutaj z zachwytem nad Synem! :)
Prawie wszystko jest idealnie, nie grają u nas tylko dwie rzeczy: moje cycki i potworne wzdęcia u Syna. Jeśli chodzi o piersi to jeszcze dwa dni temu były twarde, nabrzmiałe i kapało z nich mleko, a mimo to Don Filipko się nie najadał. Dziś już nie ma śladu po twardościach i Don Filipko też nie dojada. Musiałam wyciągnąć z szafy mleko od Maryś i praktycznie po każdym karmieniu dawać butlę,bo inaczej musiałabym trzymać Syna 24h na cyckach. Jeśli ktoś się zna na rzeczy to może mi coś doradzić. Wolałabym się trzymać z dala od mleka modyfikowanego, bo moim zdaniem to z jego powodu Don Filipko ma te okrutne wzdęcia, a poza tym koniec końców wylądowaliśmy na mleku hipoalergicznym ze względu na to, że ja za młodu byłam potwornie uczulona na krowie mleko. Nic fajnego.
Dziecko mi się pręży i płacze, i cierpi ewidentnie, a ja nie mam pomysłu co z tym zrobić, bo jak odstawię MM to najada się na 15 minut i wygląda to mniej więcej tak: 1h karmienia - 5-20 minut snu - płacz przy próbie położenia w łóżeczku i machanie buźką w stylu "daj cyca!" - 1h karmienia - 5-20 minut snu - itd. Błędne koło. Zwłaszcza że po kilku godzinach płacz był już stały, bo piersi wydojone... Więc chętnie przyjmę dobre rady.
Zaczynam się też powoli organizować się na nowo. Mam nadzieję, że długo mi to nie zajmie. Jestem dobrej myśli co do wszystkiego :)