­

Najlepsza rzecz na potrzebę zmian - zmiana fryzury!

Że kobieta zmienną jest - to wiadomo. Że zmiany w życiu komunikujemy za pomocą zmiany fryzury - to też powszechnie znana teoria. Podpisuję ...

Że kobieta zmienną jest - to wiadomo. Że zmiany w życiu komunikujemy za pomocą zmiany fryzury - to też powszechnie znana teoria. Podpisuję się pod nią obiema rękami (nogami, rzęsami i czym tam się jeszcze da również), bo w moim życiu zawsze zmiana fryzury oznaczała zmiany w sposobie myślenia ("mam złamane serce - zmieniam fryzurę", "postanawiam poprawę - zmieniam fryzurę", "w końcu się wezmę w garść - zmieniam fryzurę" i takie tam inne...), w sytuacji życiowej czy wyjściu z emocjonalnego kryzysu. 

Swoją drogą - nigdy wybitnie nie lubiłam swoich włosów (do zeszłego roku!) bo: się puszyły, były bez wyrazu, nie dało się ich sensownie ułożyć i każda stylizacja rozpadała mi się po godzinie, miały nijaki kolor, były suche jak wiór, albo przetłuszczające się jakbym na głowie miała fabrykę oleju. Dlatego w liceum postanowiłam zacząć się farbować. I zmieniałam te kolory od czerwoności, rudości, śliwkowości, czereśniowości, marchewkowości, aż zachciało mi się blondu! Mnie - rasowej szatynce o gęstych, twardych i nieujarzmionych włosach zamarzyło się mieć piękną, słomianą czuprynę. W punkcie kulminacyjnym mojej farbowanej przygody doszłam do momentu, kiedy w przeciągu 2-3 miesięcy rozjaśniałam i farbowałam włosy w sumie 21 razy, żeby uzyskać upragniony, jasny kolor. Byłam szalenie dumna ze swojego  stogu siana na głowie dopóki nie przekonałam się, że ciągła walka z odrostami jest nie dla mnie. 

No cóż, ludzie uczą się na błędach, więc wróciłam do rudości. 
Włosy mają tą cudowną właściwość, że odrastają, więc nawet kiedy zachce nam się obciąć je na krótko - mamy pewność, że na przestrzeni kilkunastu miesięcy będzie to odległa ich historia. 

Na maxa spodobały mi się zdjęcia w kółkach u Mo Bloguje! Do tego stopnia, że musiałam bezczelnie ten patent "zgapić" ;)
Finiszujemy już swoją ciążową przygodę z Don Filipko, co spowoduje całą masę zmian w moim życiu, więc znów mnie wzięło na zmiany fryzury. Mniej więcej w czwartym miesiącu zachciało mi się wrócić do swoich naturalnych brązów, teraz zamarzyło mi się cięcie. A mianowicie cięcie grzywki (szaleństwo, wiem!). Trochę się obawiam jej układania i w ogóle pilnowania, żeby to to jakoś dobrze wyglądało, co przy małym dziecku może być nie lada wyzwaniem, no ale wbiło mi się to w głowę tak mocno, że nie potrafię sobie odmówić. Jestem zauroczona tymi twarzami, które okalają cudne, bardzo delikatne fale i konkretna grzywa (jak wyżej). Jak by to wyglądało na mnie?

Zobaczymy, co mi jeszcze odstrzeli do głowy, bo trochę czasu mam. Mój bobasowy licznik mówi, że ponad miesiąc, ja jednak mam nadzieję, że do 15 maja uda mi się urodzić, wyjść ze szpitala i popędzić do fryzjera (ale nie że od razu ze szpitala, chociaż kto mnie tam wie ^^).

Mogą Ci się spodobać: