­

Kury domowej żywot

Kiedy zaszłam w ciążę przeszłam na etat "home managera" zwanego potocznie "kurą domową" . Podobała mi się ta opcja. Do...

Kiedy zaszłam w ciążę przeszłam na etat "home managera" zwanego potocznie "kurą domową". Podobała mi się ta opcja. Dorywczo realizowałam zlecenia graficzne, ale był to zaledwie drobny ułamek mojej codzienności. Myślałam sobie wtedy "jest tak cudownie, jestem stworzona by być kurą domową, to takie przyjemne". Potem życie zaczęło weryfikację.



Pranie. Internet. Sprzątanie. Internet. Gotowanie. Internet. No i czas na wszystkie spotkania był. 
High life! 

Pół dnia spędzone z kotem (bo przecież mąż w pracy) okraszone gotowaniem obiadu, ogarnięciem chałupy i zakotwiczeniem się całą sobą w internecie. "Żyć - nie umierać" jak to mawia moja mama. 

Pierwsze trzy miesiące - super. 
Spacer - do sklepu. W kuchni - kulinarne ekscesy ze znalezionych w internecie przepisów. Spotkać się z kimś - noł problem, przecież mam tyyyyyleeeee czaaaasuuuu.  W domu dyskutuję z kotem i oglądam seriale. "Fajnie być kurą domową". 

Po trzech miesiącach:
Śmieci za dużo. W kuchni - bałagan. Szlag by trafił kolejne pranie - "skąd mój mąż ma tyle skarpetek??". Z kotem rozmawiamy cały czas, bo fajnie być razem. Z resztą jest zima, więc owijam się kocem i nadal oglądam seriale. Albo w coś gram. Zabijam nudę.

Po pół roku:
Ja - kura domowa z szalejącymi, ciążowymi hormonami. Gorzej być chyba nie może.
Kryzys w kuchni - mąż chodzi głodny. I zły, ale nie daje po sobie tego poznać, w końcu jestem w ciąży i nie można mi robić przykrości. Na myśl o praniu chce mi się płakać (skarpetki, wszędzie skarpetki!), o sprzątaniu tym bardziej (bo przecież jestem już całkiem spora, ciężko się schylać). Jedynie kot mnie rozumie, wciąż się nieźle dogadujemy. 

O matko boska kukurydziana! Zdziczałam!

Po dziewięciu miesiącach:
Jednak może być gorzej. Kurę domową, czyli mnie, musi zastąpić mąż. Ja mam depresję poporodową, z którą walczę przez miesiąc, bo boję się własnego dziecka. 
Kot też w depresji.

Po roku:
Pranie. Syn. Goto... Syn... wanie. Syn. Sprzą... Syn... ta... Syn... nie. Syn. Internet. Syn.
Stop!
Zbzikowałam. Kura domowa ze mnie żadna. Więcej dopada mnie lenistwa niż roboty. No i jeszcze jest Syn, który najchętniej by się do mnie przykleił i bawił w "hajda hoł" i "szkraby raby". Ewentualnie spał, ale przecież tylko przytulony do mnie. No więc przytulam się z synem, włączam serial i opowiadam mu, o co kaman z tymi wszystkimi bohaterami (wiadomo, żeby był na bieżąco!). 
Czas na zmiany. Pojawia się znów myśl o firmie. Skromna myśl o żłobku (Gizmowie mi ją zasiali!), żeby i syn nie zdziczał razem ze mną i kotem. Myśli o aktywności, towarzystwie i pełnych rękach roboty. 
Życie wszystko zweryfikowało. 
Już nigdy nie pomyślę o byciu kurą domową. Wrzucamy wyższy bieg!

Mogą Ci się spodobać: